środa, 2 października 2013

Prawdziwe skarby Gruzji

Gruzja ma wiele powodów do dumy. Największym z nich i  z pewnością najurokliwszym są dzieci, którymi  zachwycam się od pierwszych dni po przylocie z Polski. To młode pokolenie będzie kształtować przyszłą Gruzję. Trzymajmy za nie kciuki i podziwiajmy! :)



































/J.

wtorek, 1 października 2013

Tbilisi warte poznania cz. 3: Tbilisi nocą

Dla mnie prawdziwe Tbilisi zaczyna się nocą. W pubach i restauracjach biesiadują Gruzini i turyści. Miasto tętni życiem. Nikomu jednak, tak samo jak w dzień, nigdzie się nie śpieszy. Zakochane pary spoglądają ze spokojem na wspaniały widok rozciągający się ze Świętej Góry, rozweseleni winem mężczyźni śpiewają na głosy gruzińskie pieśni, taksówkarze niezmordowanie szukają chętnych na podróż do Batumi.

Podświetlony kościół Metekhi i posąg króla Wachtanga (legendarnego założyciela Tbilisi)

"Most Pokoju" przez Gruzinów szyderczo nazywany "Always".

 Za nami: twierdza Narikala nocą.

Za pomocą kolejki liniowej można wjechać na wzgórze z którego rozciąga się bajeczny widok na całe Tbilisi.

Widok z twierdzy Narikala na całe Tbilisi skąpane w nocnych światłach.

Na wzgórzu znajduje się poza twierdzą i kościołem także "Matka Gruzja", trzymająca kielich wina dla przyjaciół i miecz dla wrogów. 

Innym wartym zobaczenia miejscem nocą jest Mtacminda ("Święta Góra"), a szczególnie kościół Mama Daviti i pobliski cmentarz na którym spoczywają osobistości takie jak: Illia Czaczawadze (gruziński działacz społeczny i pisarz, uznawany przez gruzińskich wyznawców prawosławia za świętego), Zwiad Gamasachurdia (pierwszy prezydent niepodległej Gruzji) czy Merab Kostawa (wybitny opozycjonista, więzień łagrów).

Kościół Mama Daviti zawiera jedną z najcenniejszych relikwii gruzińskiego prawosławia - krzyż Św. Nino.


Kościół Św. Dawida

Cmentarz

Grób Illi Czaczawadze


Ostatnim miejscem naszego wieczornego spaceru może być pub "Horseshoe" (okolice Akhvlediani) w którym gruziński zespół gra w poniedziałki i środy polskie kawałki:


/M.

sobota, 28 września 2013

Tbilisi warte poznania cz.2: Abanotubani

Gdyby ktoś poprosił mnie o opisanie Tbilisi jednym słowem, najbardziej adekwantym do jego charakteru i atmosfery, bez dwóch zdań byłby to "luz". Dla nas stolica Gruzji to przede wszystkim miasto relaksu, wpływające na Ciebie jak hamulec, dzięki któremu zwalniasz tempo, stajesz się bardziej spokojny i nareszcie możesz odetchnąć!



Jest w Tbilisi miejsce, gdzie relaks ten przybiera formę dosknałą.  Jest nim  zdecydowanie nasza ulubiona część miasta - Abanotubani. To najstarsza dzielnica w stolicy (jej początki sięgają nawet 1500 lat wstecz!), rozpostarta w okolicach królewskich łaźni u podnóża twierdzy Narikala, pełna klimatycznych kafejek w których uwielbiamy wypełniać nasze blogerskie obowiązki...


... ławeczek, z pięknym widokiem na rzękę Mtkwari i  wzgórze z kościołem Metekhi...



... i liczne ślubne sesje zdjęciowe.



To właśnie tutaj, według legendy, król Wachtang Gorgasali, miał odkryć gorące źródła, które zainspirowały go do założenia nowego miasta. Już w XVII zrobiono użytek z naturalnego daru Tbilisi, budując na Abanotubani łaźnie, stanowiące niegdyś prawdziwą mekkę spotkań  dla tbiliskich wyższych sfer, artystycznej bohemy a nawet... wiejskich handlarzy, którzy traktowali to miejsce jak hotel. Z królewskich łaźni korzystał sam Aleksander Dumas, Marco Polo oraz Puszkin, twierdzący, że kąpiel, jaką zażył w tbliliskich łaźniach była najlepszą w jego życiu!



Pierwotnie, w mieście istniało aż 60 takich łaźni, dzisiaj zachowało się jedynie 6, z których możemy korzystać codziennie między godziną 8 a 22, za cenę od 3 lari (publiczna komnata) do 40 lari (komnaty prywatne). Do dyspozycji jest również sauna oraz dodatkowe usługi, tj. masaż (koszt 10-15 lari). 

Abanotubani to również wspaniała architektura, miks arabskich i gruzińskich wpływów. W XVIII wieku, kiedy to Tbilisi znalazło się pod tureckim panowaniem, powstał w tym miejscu okazały meczet, zburzony niestety przez Persów w roku 1795 (dzisiejsza wersja muzułmańskiej świątyni wybudowana została w  XIX wieku).




A na  koniec, obraz Grigola Toidze, przedstawiajacy nasze Abanotubani :




/J.

O programie Global Citizen słów kilka

Jak wiecie z naszych poprzednich postów naszym głównym zajęciem w Tbilisi jest praca z dziećmi w różnym wieku w ramach Organizacji Charytatywnej "Tęcza"*.

Praca ta daje nam niezwykle dużo satysfakcji. Staramy się pokazać dzieciom polską kulturę, pokazać im ich własny potencjał, zainspirować do twórczego działania.

"Don't you dare give up!" - Nie ośmielaj się poddawać!



Dzieci podczas pracy.

Jak jednak udało nam się właściwie wyjechać na 6 tygodni do Gruzji, mieszkać u gruzińskich rodzin, pracować na zasadzie wolontariatu?

Dzięki programowi "Global Citizen" organizowanemu przez AIESEC Polska.

Do wyboru praca wolontariacka z młodzieżą, dziećmi, a nawet kierowcami taksówek (tak, taki projekt naprawdę istnieje w Turcji:). Do tego od sześciu do dwunastu tygodni spędzonych w jednym ze 113 krajów na świecie.

Podczas polskiej wigilii Bożego Narodzenia w "Tęczy"

Po więcej informacji odsyłamy Was na oficjalną stronę programu: http://globalcitizen.pl/.

Ze swojej strony serdecznie polecamy GC jako świetny pomysł na wakacje życia spędzone wśród inspirujących ludzi.


*Niezgodnie z prawdą wcześniej pisaliśmy o pracy w sierocińcu - grupa docelowa projektu została zmieniona w ostatniej chwili. O zmianie dowiedzieliśmy się kilka dni po przeprowadzeniu pierwszej sesji w "sierocińcu" :)

Autostopem przez Adżarię: Tbilisi-Gori (cz. I)

W minionym tygodniu postanowiliśmy podbić „matkę” chaczapuri z jajkiem – Adżarię. Metodą stopową.

Planując podróż do Batumi (stolicy Adżarii), wytyczyliśmy jeszcze dwa punkty na mapie Gruzji warte uwagi: Gori i Borjomi.



Powojenne Gori

Gori jest niewielkim miastem położonym w centrum kraju. Od północy graniczy z regionem, który od niepamiętnych czasów był łakomym kąskiem dla Rosji odciętej pasmem gór od wpływów na Zakaukaziu. Rok 2008 był kolejnym – i jak na razie ostatnim- wybuchem wulkanu, jakim jest większość osetyjska zamieszkująca te sporne terytoria. 8 sierpnia wojska gruzińskie wkroczyły na ziemie stanowiące, zgodnie z opinią społeczności międzynarodowej, integralną część tego kraju. Oficjalny powód stanowiły liczne czystki etniczne przeprowadzane na mniejszości gruzińskiej oraz prowokacje ze strony rosyjskiej. Rosja szybko odpowiedziała kontr-atakiem, przejmując de facto kontrolę nad całą Osetią i wchodząc coraz bardziej w głąb Gruzji (wojska zatrzymały się zaledwie kilka kilometrów od stolicy kraju). Gori jest miastem, które najmocniej ucierpiało w skutek działań wojennych. Dziś po wybuchach bomb kasetowych nie ma już śladu. Miasto jest ogarnięte ciszą, ulice nie są zbyt ruchliwe, przeważają zaniedbane budynki.

Ratusz w Gori

W Gori zatrzymaliśmy się na nieco ponad 2 godziny. Naszym celem było miejsce, którego działania wojenne nie ruszyły… niestety.

Muzeum milczenia

Muzeum Stalina w Gori, stanowi centrum zainteresowania turystów. Stąd bowiem zbrodniarz ten pochodził. Słowo zbrodnia jest jednak niemile widziane w Muzeum.

U wejścia doznajemy pierwszego mocnego szoku. Kult Stalina w Gori ma się dobrze:




Pokornie przechadzamy się po muzeum z naszą przewodniczką. Słuchamy opowieści o rodzinie Stalina, jego dzieciństwie, wstąpieniu do seminarium, rozwoju kariery politycznej. Poruszane są najbardziej szczegółowe wątki jego biografii. Niektóre. Te słuszne.


Zwiedzanie muzeum kończy się w osobistym wagonie Stalina, stojącym przed wejściem do muzeum (obok domu w którym przyszedł na świat). Towarzysze naszej muzealnej przechadzki – Nowozelandczycy – odchodzą w wyśmienitych humorach składając serdeczne podziękowania naszej pani przewodnik. Udając zdziwienie szybkim zakończeniem wycieczki pytam „To już koniec? Nic o gułagach, Katyniu, dziesiątkach milionów zniszczonych istnień ludzkich?” Niech odpowiedź naszej przewodniczki okryje wstydliwe milczenie: „Opowiastki o dziesiątkach milionów możecie wsadzić między bajki. Historycy już dawno udowodnili, że zginęły TYLKO 4 miliony. Nie mamy czasu, żeby opowiadać o szczegółach takich jak Katyń, bo Polacy przyszli do muzeum. Zresztą ja też nie mam dla Was  teraz czasu.” 
Gwoli sprecyzowania: postawa taka jest czymś zupełnie niespotykanym u Gruzinów. Gori stanowi jednak niechlubny wyjątek.


Księga pamiątkowa jest wypełniona wpisami oburzonych zwiedzających, głównie Polaków.

Muzeum osobiście nikomu nie polecam, nie ze względu na treści w nim prezentowane, ale ze względu na 10 lari jakie musicie zapłacić za wejście do tego miejsca.

Upliscyche

By dojść do siebie jak najszybciej postanowiliśmy opuścić Gori i udać się do pobliskiego Upliscyche – skalnego miasta, sięgającego pamięcią V wieku przed Chrystusem. Złapanie marszrutki w każdym gruzińskim mieście jest proste jak bułka z masłem – wystarczy znaleźć główny plac na którym się gromadzą. Tam kierowca marszrutki odnajdzie nas sam.

<wątek poboczny>
Tutaj klient jest panem. Taksówkarz również nie czeka z założonymi rękoma. Potrafi przejść z Tobą kilkanaście metrów wyjaśniając Ci, że naprawdę potrzebujesz jeszcze dzisiaj dostać się do Batumi. I cóż my Europejczycy wiemy o kreowaniu potrzeb?
</wątek poboczny>

Kierowca marszrutki wysadził nas jednak w miejscu, które było środkiem wioski zabitej dechami. W oddali dostrzegamy skalne miasto. Zastanawiamy się jednak jak trafimy stąd na wylotówkę. Wokół nas ani żywego ducha.

I tutaj pierwszy raz przytrafia nam się wielkie szczęście – znikąd podjeżdża do nas taksówka, której kierowca oferuje nam darmową podwózkę do skalnego miasta. W środku Rosjanin mówiący po angielsku ustala z kierowcą, że może zabrać nas razem z Upliscyche po zwiedzeniu przez nas miasta. Kierowca z zadowoleniem godzi się czekać na nas 1,5 godziny (klient nasz pan!). Za 10 lari dostarcza nas do głównej trasy wylotowej (bez naszego anglojęzycznego towarzysza– pomimo opanowanej już przez nas do niemal perfekcji umiejętności komunikowania się bez znajomości języka- byłoby to raczej niemożliwe. To jednak dopiero początek szczęśliwych zbiegów okoliczności.)

Ale wracając do samego Upliscyche. Miasto położone jest 10 km na wschód od Gori. W starożytności (zwłaszcza u schyłku epoki hellenistycznej - II/I wiek p.n.e) miasto to stanowiło obok Mcchety centrum życia religijnego, kulturalnego i gospodarczego Królestwa Iberii (wschodniej części starożytnej Gruzji). Mogło tutaj żyć nawet 25 tys. ludzi. 

Miasto straciło na znaczeniu po przyjęciu przez króla Mariana III chrześcijaństwa. Zyskały wtedy na znaczeniu Mccheta i Tbilisi.

Po dawnej świetności miasta pozostały jedynie szczątki. Jest to jednak miejsce wyjątkowo malownicze.



To tutaj swój pałac miała królowa Tamar, której to m.in. zawdzięcza Gruzja swój "złoty wiek", okres największej świetności.



Kamienny kościół górujący nad miastem został wybudowany na miejscu starożytnej pogańskiej świątyni. Dzisiejsza postać kościoła pochodzi z XVII wieku.


Takie widoki roztaczają się z najwyższego punktu Upliscyche.

Muzeum tfu... Stalina w Gori - Upliscyche

0:100

/M.




piątek, 27 września 2013

Kazbegi

Kiedy po raz pierwszy zainteresujesz się Gruzją i postanowisz co nieco się o niej dowiedzieć, z 90- procentową pewnością mogę wskazać pierwsze zdjęcie, które wyrzuci Twoja wyszukiwarka. Górska miejscowość Kazbegi (oficjalna nazwa: Stepancminda), a konkretnie świątynia Cminda Sameba, to prawdziwy symbol Gruzji, kojarzący się z nią równie mocno, co wino, chaczapuri i sławiona przez wszystkich gościnność.

Dla mnie i Marcina był to bardzo ważny punkt w naszych podróżniczych planach, a po powrocie okazał się być punktem absolutnie obowiązkowym! Nie sposób wyrazić jak bardzo to miejsce zachwyca, powala, inspiruje i dech zapiera! Z przykrością muszę stwierdzić, że nie oddadzą tego również żadne zdjęcia. 





Już samo  dotarcie do Kazbegi to mocne przeżycie. Prowadzi do niej z Tbilisi wybudowana w XIX tzw. Gruzińska Droga Wojenna - jedyna trasa łącząca stolicę ze Stepancindą. Zmierzająca docelowo do rosyjskiego Władykaukazu, stanowiła w przeszłości bardzo ważny szlak komuniakacyjny. Dzisiaj, pędząc marszrutką w kierunku Wielkiego Kaukazu, możemy podziwiać z okna wspaniałe górskie krajobrazy:






.... oraz okazały, "perfekcyjnie" wpasowujący się w otoczenie pomnik, mający symbolizować wieczystą przyjaźń gruzińsko-radziecką:

               Na ścianach monumentu: postaci z rosyjskich i gruzińskich bajek.

Samo Kazbegi to niewielka miejscowość, po za swoim górskim charakterem niczym specjalnym się nie wyróżniająca. Podobno jest "matką" kchinkali - gruzińskich pierożków, które w tych stronach uznawane są za najlepsze w całym kraju. Mamy na ten temat nie co inne zdanie (o niebo lepsze kchinkali próbowaliśmy w  Tbilisi), lecz być może, niefortunnie  trafiliśmy na pewne wyjątki, więc nie przesądzajmy sprawy :).

Po dotarciu na miejsce, nie powinno się mieć żadnych problemów ze znalezieniem kwatery do spania - gruzińska przedsiębiorczość wychodzi na przeciw klientowi! Panie prowadzące małe guest house'y zaatakują Cię nawet przed wysiadnięciem z marszrutki. Kilka sekund targowania i za 15 lari jesteś szczęśliwym mieszkańcem pokoju z takim widokiem:



Ten piękny monumentalny szczyt to Kazbek - mierzący 5047 m n.p.m. wygasły wulkan, stanowiący legendarne miejsce, w którym to przykuty do skały  Prometeusz miał pokutować za kradzież ognia bogom.
To szczyt wysoki, wymagający (potrzebujesz solidnego przygotowania kondycyjnego i technicznego, aby pokusić się na zdobycie takiego kolosa), będący obiektem westchnień wielu alpinistów oraz od niedawna również moim. Tak, proszę Państwa - mam nadzięję, że za jakichś czas dane mi będzie spojrzeć na Kazbegi z nieco "wyższej" perspektywy:).

Podczas tego wyjazdu postanowiliśmy jednak zdobyć choć namiastkę, adwekwatną do naszych możliwości, przede wszystkim czasowych (nie dysponowaliśmy niestety namiotem i musiliśmy zejść do wioski w przeciągu jednego dnia). Ale co to za namiastka!



W drodze do Cmindy.

Z Cmindą w tle part. 1 .

    Z Cmindą w tle part. 2 .

Aby wspiąć się na Kazbek, należy najpierw podążać najpopularniejszym odcinkiem szlaku, zmierzającym do Cmindy Sameby - tj. XIV- wiecznej prawosławnej cerkwi św. Trójcy, określanej również jako Gergeti. Jako miejsce trudno dostępne, stanowiło podczas okupacji Tbilisi schronienie dla wielu gruzińskich skarbów (np. krzyża św. Nino). Możemy dotrzeć tam na dwa sposoby - tradycyjnie, na piechotę, wybierając jedną z trzech dostępnych tras lub wynajmując jeep'a.





Gdyby Rosjanom udało się zrealizować swoje plany, do cerkwi można by wjechać również kolejką linową. W 1988 r. władze sowieckie rozpoczęły nawet budowę takiej kolejki, jednak Gruzini, mieszkańcy Kazbegi, potraktowali to jako prawdziwą profanację i rozebrali ją w środku nocy. Gruzińska fantazja!:)

Po dotarciu na miejsce, ciężko opisać, jakie wrażenia Ci towarzyszą. Po prostu jesteś w niebie, i to nawet nie siódmym- setnym!


Następnego dnia pobytu postanowiliśmy zaatakować wyższe partie - udało nam się wspiąć na kamienną grań na wysokości 2920 m, skąd podziwialiśmy lodowiec Gergeti.  Droga, choć pod koniec nieco męcząca, była dla mnie jak górskie wakacje all inclusive - pogoda, widoki, cisza, wszystko co najlepsze. 


Na szlaku .

Z lodowcem  Gergeti w tle.

Atmosfera zaś prawie jak w domu, gdyż na szlaku sami Polacy! Z kilkorgiem z nich spędziliśmy miły wieczór przy winogronach w różnej postaci - stałej i płynnej. Serdecznie ich z tego miejsca pozdrawiamy!

Kaukaz czaruje, bez dwóch zdań. Ale czym byłaby jakakolwiek wyprawa w Gruzji bez małych, niegroźnych absurdów! Po Kazbegi możemy dodać kolejny do naszej listy ciekawych elementów gruzińskiej rzeczywistości : godziny otwarcia sklepów spożywczych. O ile w Tbilisi nie stanowi to aż takiego problemu, to w górskiej miejscowości, gdzie większość nieświadomych turystów chce wyruszyć na szlak jak najwcześniej i zakupić trochę prowiantu na drogę, zamknięte do godziny 8 sklepy mogą trochę pokrzyżować szyki. Cóż...Gruzin lubi pospać. Priorytety:)


/J.