poniedziałek, 2 września 2013

Gruzińskie ulice

Będąc w nowym miejscu, gdy tylko nie jestem obładowana 100-kilogramowym plecakiem, staram się unikać transportu miejskiego i jak najwięcej spacerować. Mam głębokie przekonanie, że  obserwując wszystko dookoła, podglądając mieszkańców i co jakichś czas się gubiąc (w moim przypadku, być może trochę zbyt często...), jestem na najlepszej drodze do poczucia prawdziwej atmosfery danego miejsca.


Gruzińskie ulice to  przede wszystkim żywy organizm, który bardzo trafnie obrazuje nam, jacy są mieszkańcy tego kraju. 

Co pierwsze rzuca się w oczy ?

Ogólny chaos. Oprócz centralnych części Tbilisi, chcąc dojechać z punktu A do punktu B, musisz jedynie zamachać do kierowcy marszrutki, w dowolnie wybranym przez siebie miejscu (bynajmniej nie przystanku), ustawiając się - tak, jak rodowici Gruzini - w okolicach środka pasa jezdni. Bez rozkładu, bez pośpiechu. Zupełna improwizacja, co ciekawe, wszystko sprawnie działa. 

Co więcej? 

Emocje. Na ulicy w Gruzji musisz mieć nerwy ze stali. Przejście dla pieszych, ruchliwa droga za miastem - bez znaczenia. Wszędzie zostaniesz "strąbiony" lub  prawie zabity, gdy kierowca śmignie centymetr od Twojej nogi, którą stąpnąłeś naiwnie, myśląc, że ktoś na Twój widok zwolni. Czy kierowca się tym przejmie? Po wyrazie jego twarzy zobaczysz, że nie zwrócił na Ciebie najmniejszej uwagi. Po tych kilku dniach pobytu w Gruzji,  tutejsi kierowcy to dla mnie prawdziwi kamikadze. Najlepiej opiszą ich słowa mojego gruzińskiego kolegi:

"To be a driver in Georgia, you need to be tough, quick, extremely focused and extremely crazy."


Po pierwszym szoku, związanym  z sytuacją, nazwijmy ją, "transportowo-komunikacyjną", przychodzi czas na głębsze obserwacje. Przy wejściu do sklepu, przy kasie w warzywniaku, czy w tbiliskim metrze, umieszczone są ikony oraz puszki przeznaczone na darowiznę dla cerkwii. Nie jeden raz spotyka się osoby, świeckie lub duchowne, zbierające osobiście takie datki. 
Każdy Gruzinin mijając cerkiew pobożnie wykona znak krzyża i bez znaczenia jest, czy właśnie niesie ze sobą zakupy, jedzie rowerem, czy też pędzi marszrutką. Ba! Zrobi to nawet, gdy zobaczy w odległości kilkuset metrów największą świątynię prawosławną na całym Kaukazie - Tsminda Samebę.
Czy w czymś jeszcze przejawia się religijność Gruzinów? Oczywiście w ich sposobie poruszania się po drodze jako piesi. Zero pośpiechu, luz, uśmiech na twarzy. Muszą naprawdę głęboko wierzyć, że nic im się nie stanie:) 


Spacerujesz już długo, na pewno więc zgłodniałeś! Co wtedy?

Opcji jest wiele, a nawet jeszcze więcej. Gruzińskie ulice uginają się od jedzenia, jak suto zastawiony stół na tradycyjnej suprze. Co kilka metrów porozstawiane są stragany, gdzie sympatyczne starsze panie sprzedają czurczchele, ziarna słonecznika, migdały i owoce. Gdy szukasz czegoś bardziej konkretnego, z pewnością znajdziesz coś dla siebie w licznych budkach z jedzeniem, oferujących różne typy chaczapuri i lobiani. Do wyboru, do koloru:)




Na koniec zostawiam coś, co dla mnie i Marcina było największym zaskoczeniem - gruzińskich mężczyzn. Całe grupki panów w wieku naszych dziadków, ojców i kolegów ze studiów spotykają się, aby porozmawiać, pograć w karty, po prostu ze sobą pobyć i to uwaga.... bez ani kropli alkoholu! 


Podczas, gdy w Polsce powściągliwi panowie raczej spędzają czas w domu, Gruzini wychodzą na ulice, przyjaźnie się witają (czytaj: całusy w policzki, przytulanie) i plotkują długie godziny, co jakichś czas poklepując się po plecach i obejmując, co za każdym razem budzi mój uśmiech i.... strach w oczach Marcina. 



Jedno jest pewne. To trzeba zobaczyć! Na własne oczy. 

/J.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz